Piosenka przez okno
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Tutaj grało się sercem w dwa ognie
Zanim pierwszą trafiło się miłość
I nie jedne podarło się spodnie
Poszukując czego nie było
Tu za ucho cię kiedyś wytargał
Jakiś facet bo zły był na żonę
Więc mu z pudla zrobiłeś lamparta
Żeby głupio nie merdał ogonem
Uczymy nasze dzieci miłości
W pokojach zamkniętych na klucz
Na podwórkach z betonu
Radości pilnuje posępny stróż
A one piszą klasówki
Oszczędzają złotówki
Nasze śmieci wynoszą co dzień
I nie wiemy dlaczego
O czymś szepcą z kolegą
I spóźniają się czasem na sen
Mimochodem uczyłeś się życia
Tutaj stopnie stawiano jak w szkole
Nie płakałeś z kolanem rozbitym
Gdy przyjaciel cię zdradził nie kląłeś
Czas przechodzi przez moje podwórko
Nowe piłki i nowe trzepaki
Tylko piasek się sypie przez palce
W piaskownicy tak samo dzieciakom
Ence – pence
W której ręce coś zostało z naszych marzeń?
Ence – pence
Co też jeszcze na podwórku się wydarzy?
Oda do niej
sł. A. Ciach | muz. P. Sobczak
My do Ciebie na skróty jak gość
Co się słowem pokrzepić chce czułym
Między Bogi i prawdy jak ten
Co się nie chce kierować rozumem
Tak bezczelnie niewdzięcznie jak ktoś
Kto Cię w parku przepije z kimś obcym
A Ty będziesz wciąż dumna jak chłód
Bezlitosnych przestrzennych lodowców
Dążymy lecimy jak ćmy
Choć tak mało mamy do wzięcia
Bo odpędzasz zaciekle wciąż nas
Zazdrosna o trochę szczęścia
Niepoważnie nas bierzesz lecz cóż
Wymyślimy lepszego tym czasem
Na bezsenność serc naszych i ust
Gdy się chcemy pogodzić ze światem
Niedorzecznie więc po co nam trwać
W nieustannym spraw Twoich zamęcie
Tylko raz za to życie się brać
I nic więcej , nic więcejnic więcej
Dążymy lecimy jak ćmy
Choć tak mało mamy do wzięcia
Bo odpędzasz zaciekle wciąż nas
Zazdrosna o trochę szczęścia
Choć opierasz się nasza miłości
My sięgniemy po Ciebie do dna
Naszym myślom i naszym troskom
W końcu kiedyś pochwycić się dasz
Podniesiemy z najgłębszej cię nędzy
Z najtwardszego zbudzimy cię snu
Ty za serca nas weźmiesz nic więcej
Potem możesz odwrócić się znów
Dążymy lecimy jak ćmy
Choć tak mało mamy do wzięcia
Bo odpędzasz zaciekle wciąż nas
Zazdrosna o trochę szczęścia
Zróbmy coś
sł. J. Maan | muz. P. Sobczak, W. Firlit, J. Maan
Pani ma oczy jak pierwiosnki
I resztę też niczego sobie
Ja mam na torsie cztery włoski
I dość przystojny ze mnie obiekt
Smutno siedzimy se pod ścianą
Choć na parkiecie tętni życie
Mnie trochę z butów sterczy siano
Choć towarzyskie mam obycie
Pani wciąż smutno patrzy w okno
Ja pieszcząc wzrokiem Pani uda
Mówię, że czas by się wreszcie ocknąć
Zanim życiowa nas zeżre nuda
Zróbmy coś, zróbmy coś!
Niemoralnego zróbmy coś!
Zakazanego zróbmy coś!
Niech se gadają w mieście!
Zróbmy coś, zróbmy coś!
Podejrzanego zróbmy coś!
Zwariowanego zróbmy coś!
Zróbmy coś wreszcie!
Trochę mnie krzesło ciśnie w plecy
I z nudów cierpną mi kolana
Może by coś w kierunku dzieci?
Więc rzucam temat o bocianach
Może zamówić coś do picia?
Dla Pani piwo dla mnie setkę
Płyn już nie raz mi pomógł w życiu
Więc może Panią też odetka
Ludzie szaleją po parkiecie
Jak dzikie konie gdzieś na prerii
U nas bez zmian: choć w życia kwiecie,
lecz wciąż przyssani do lamperii
Zróbmy coś, zróbmy coś!...
Lecz Pani chce tylko porozmawiać
Niewinny smalltalk i nic więcej
Mnie od gadania ciśnie krawat
I do roboty rwą się ręce
Pani, że „chciałabym inaczej,
trochę z miłością, nie na siłę...”
To niech mi Pani wytłumaczy
Po co ja z panią się żeniłem!?
Midlife crisis blues
sł. J. Maan | muz. W. Firlit
Nie mów nic, szkoda czasu na frazesy
Tani optymizm nie przemieni wody w wino
Może już idź, bajki dobre są dla dzieci
Tylko naiwni jeszcze wierzą
Już tylko noc, pusta ćwiartka, pus ty dom
Noc, jak co noc – znów to samo
Zęby do szkła, gaszę światło i idę spać
Nucąc pod nosem smętny „Midlife crisis blues”
Nie ma co kryć – uciekł pociąg mi do życia
Smutno patrzy na mnie z lustra zmięta twarz
Nie ma co kryć – idzie jesień, czas przekwitać
Samotna w parku ławka, boczny tor
Noc, znowu noc, pusta ćwiartka, pusty dom
Noc, jak co noc – znów to samo
Zęby do szkła, gaszę światło i idę spać
Nucąc pod nosem smętny „Midlife crisis blues”
Coraz trudniej na różowo widzieć świat
Kiedy na gardle smutku nóż
W zimnym łóżku pod poduszką czeka strach
Nucąc pod nosem smętny „Midlife crisis blues”
Piosenka stomatologiczna
sł. J. Maan | muz. J. Maan
Zagraniczną masz odzież i ogólnie też nieźle wyglądasz
Chłopy lecą na ciebie, głupie chłopy nie wiedzą co strach
Już nie jeden próbował cię zwabić do łóżka
Nie jeden startował i padał na twarz
Nie jeden se tobą poparzył paluszki
Bo chociaż masz klasę, chociaż masz kasę i gust
TO CZUĆ CI Z UST
Zagraniczną masz odzież i ogólnie też nieźle wyglądasz
Kiedy idziesz ulicą z wrażenia zapiera aż dech
U stóp twoich koty padają pokotem
I Greenpeace od dawna na oku cię ma
Z tym twoim felerem nie łatwo o chłopa
Gdy oddech twój dusi, nie kusi ni biodro ni biust
BO CZUĆ CI Z UST
Marija – bój ty się boga
Marija – idź do stomatologa
Nim jakiś nerwowy paluszek pociągnie za spust
BO CZUĆ CI Z UST
Zagraniczną mam odzież i ogólnie też nieźle wyglądam
A poza tym od dawna na ciebie ochotę już mam
Jam dla ciebie stworzony, jak Adam dla Ewy
Ze świecą nie znajdziesz takiego jak ja
Jam odporny na twoje piekielne wyziewy
Więc pókiśmy młodzi, w oparach niech rodzi się chuć
BO MI TEŻ CZUĆ
Spojrzenie w lustro
sł. J. Maan | muz. J. Maan
Leżę se w wannie
Patrzę na pępek
Wzrokiem ogarniam ciało me krępe
Mam jeszcze dużo do oglądania
Lecz nic nie widzę
Bo brzuch zasłania
Podnoszę nogę, kładę na piecyk
Kolano coś mi za bardzo sterczy
Lecz jaka łyda i jakie udo
A ta miedniczka – prawdziwe cudo!
Siła jest we mnie
Mocz mnie rozpiera
Muskuły jak u Schwarzeneggera
Włosy też uszły by, gdyby były
Lecz kiedyś wyszły
I nie wróciły
Jestem tak piękny
Gdy stoję nago
Co tam krzywica
Co tam lumbago
Jak się tak napnę
I stanę prosto
Gaśnie Apollo
Czy inny Wostok
Klatkę piersiową zgolę na łyso
Stringi podciągnę pod brzucha wisior
Potem na scenę wyjdę do jury
Żeby pokazać fajne figury
Jak se olejkiem ciało natłuszczę
Jak się tak napnę, aż slipy puszczą
To będę missem, lub padnę trupem
To nic, że nie mam pleców
Ale mam … tupet!
ORP wanna
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Moja wanna to okręt
Gdzie nad ranem łeb ciężki
W środku fiordu łazienki
Sterczy w sufit niebieski
Wszak w najmniejszej kałuży
Wiatr łupinki popycha
Siedzę sobie więc w wannie
Cicho płynę do życia
I zazdroszczę wam żagle
Oceanów bezkresnych
I tych portów co uczą
Różnych bajek i pieśni
I tych ludzi odważnych
Tak przyjaznych i dumnych
Którzy dla wyobraźni
I dla tego co trudne
Nagle wanna się staje
Tylko wanną nic więcej
Pora ze snu się budzić
Suszyć włosy i ręce
Znów ze sobą się biedzić
Tak zwyczajnie mniej godnie
I znów czekać aż kiedyś
Wanna zmieni się w okręt
Samotna biała wanna
Choć służy do rozmyślań
To przecież nie brzmi dumnie
Łazienka to nie przystań
Samotne białe wanny
Zerwijcie rur kotwice
Popłyńcie nad dachami
Niech dziwią się ulice
Dla Luizy
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Gdzie chcesz odejść Luizo?
Noc nadchodzi i deszcz
Dobra pora na jakąś kolację
Tusz wycieka spod rzęs
Lepiej spróbuj cos z mięs
Ten luminal jest taki niesmaczny
Nie odlatuj Luizo
Nieprzytulny jest bruk
Gdy się leci z dziesięciu doń pięter
Po co ci taki huk
Wszak sąsiedzi i Bóg
I sukienka znów będzie pomięta
Luiza jest wrażliwa zbyt
Daleka jak do szczęścia stąd
Luiza to jest dąs i pas
Kochać Luizę trudno dość
Proszę zostań Luizo
Dzieciom trzeba dać jeść
Odłóż ładnie zmęczoną strzykawkę
Brzytwa ostra jest wiedz
Powiem ci jakiś wiersz
Albo chwilę na siebie popatrzmy
Luiza jest okrutna wręcz
Przebiegła niczym sam James Bond
A przecież kocham ją jak pies
I łażę za nią z kąta w kąt
Syn chce w szachy znów grać
Córka bawi się w dom
Jakiś morał jest w tej sytuacji
Tam za oknem jest świat
Trwa choć żłobi go czas
Nawet gwiazdy ci o tym zaświadczą
Luiza jest szalona wszak
I czuje w sobie się jak gość
Wszystko ma przy niej inny smak
Czasami mam już tego dość
Odjechała Luiza
Śmierciostopem do gwiazd
Nie skończyła robótki na drutach
Teraz mieszka gdzieś tam
Gdzie się kończy nasz świat
Nie przychodźcie odwiedzać jej tutaj
Piosenka dla sąsiada
sł. J. Maan | muz. W. Firlit
Skoślawoło mi się życie, skoślawiło
Że z rozpaczy tylko ze łba włosy drzeć
Z tamtych lat pozostał w ręku
Kwit na nieśmiertelną miłość
Mały fiat i szary żywot zaplątany w kiczu sieć
Mam komórkę – pokój z kuchnią od podwórza
Żona, dzieci… jakoś leci, jest o.k.
Kiedyś rewolucjonista
Dziś w programie śledź i czysta
I nadzieja na jutrzejszy, lepszy dzień
A za oknem ostrzy zęby kapitalizm
Oddziela sprytnych od przegranych biedy krechą
Cieszy się Józek, bo mu wreszcie się udało
A niech się cieszy, mnie tam jakoś nie do śmiechu
I chociaż chandrę często w wódce muszę topić
I chociaż pech, jak pies bezdomny do mnie lgnie
Choć los złośliwy ciągle piaskiem prosto w oczy
To jakoś łatwiej brnąć przez życie wiedząc, że:
Sąsiad ma gorzej, sąsiad ma gorzej niż ja
Patologiczne u niego podłoże
Malaria i syf
Tra la la
Sąsiad ma gorzej, sąsiad ma gorzej niż ja
I ciągle biedaczek nie może
Skutecznie się odbić od dna
Jest lepiej, to nic – tylko patrzeć
Jak zaprze się sąsiad i spaprze
A paprze pieprzony, bo nie wie
Że choć ma dwie ręce, to obie są lewe
Sąsiad ma gorzej…
Nie starcza na opał, nie stacza na kiecki
Bo goły mój sąsiad, jak święty turecki
Zakupy „na krechę”, bo w długach po uszy
Lecz piwko za piwkiem, bo ciągle go suszy
Termity w podłodze, pieczarki na ścianach
Kot robi pod siebie, pies wyje od rana
Dzieciaki się mnożą, bo sąsiad dość płodny
Sikają po kątach i płaczą, bo głodne
I chociaż się sąsiad postara
I włoży coś czasem do gara
Nie naje się nigdy do woli
Bo, albo przypali, albo znów przesoli
Więc żyję, choć życie mi się nie układa
Choć pełne katastrof i klęsk
I Bogu dziękuję, że stworzył sąsiada
Bo z nim tylko życie ma sens
Nie płoszcie aniołów
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Widziałem raz człowieka
Rozrzucał coś po łące
Myślałem: świat zaśmieca
Albo płoszy zające
Do głowy mi nie przyszło
Jaki ma w sobie pałer
Gdy się go mimo wszystko
Co robisz? – zapytałem
Robię budki dla biedronek
Żeby miały podziać gdzie się
Kiedy świat zapomni o nich
Kiedy je dopadnie jesień
Tak czy inaczej się nazywa
Każdego człeka radość krzywa
Tak czy inaczej się nią bawi
A przecież świata nie naprawi
Tak czy inaczej cię zadziwi
Anioł szurnięty a szczęśliwy
Tak czy inaczej wszystko składa
Serca zielona wciąż ballada
Siedziała zawsze w parku
Wołając do każdego
Upiorna anielica
Sądu Ostatecznego
Apokalipsa Kozik
Wołały za nią dzieci
Kiedy je pouczała
Że w parku się nie śmieci
Po za tym miała wizje
Cholera wie skąd wzięte
O jakimś końcu świata
Przy bułce napoczętej
Tak czy inaczej się nazywa
Każdego człeka radość krzywa
Tak czy inaczej się nią bawi
A przecież świata nie naprawi
Tak czy inaczej cię zadziwi
Anioł szurnięty nieszczęśliwy
Tak czy inaczej wszystko składa
Serca zielona wciąż ballada
Nie płoszcie aniołów
Aniołów nie płoszcie
Szurnięte anioły
Do domu zaproście
Bezpańska ballada o niczym
sł. A. Ciach | muz. K. Krzak
W cichym kąciku w jakimś barze
Gdzie się zaczyna lepszy świat
Zmięty transparent ludzkiej twarzy
Wtulony w potargany płaszcz
W pudle pod krzesłem cały jej dom
Życie wyryte ma na dłoniach
Ten bar, to losu ciepły schron
Pod płaszczem serca drży skowronek
A z kuchni pachnie wciąż nadzieją
Choć tak daleko stąd do Boga
Tramwaje pędzą gdzieś za oknem
I tak się nie chce ruszać w drogę
Niekochana – niebliska
Nie wiadomo skąd przyszła
Głupia córka futurologii
Niepojęta – przeklęta
Bez ojczyzny i święta
Czasem z nami krzyżuje swe drogi
Ona nie zna się na statystykach
I mistycznych nie miewa skojarzeń
Nie ma złudzeń, nie szuka barykad
Niedorzeczna, jak litość na twarzy
Nie raduje jej też byle frazes
Do ukrycia wszak nie ma już nic
Gdy płonie teatr naszych marzeń
Nie szuka awaryjnych wyjść
Pośród nas raczej nie ma przyjaciół
Z ciepłą kawą nie czeka jej nikt
Biedny sztandar bezradnej rozpaczy
Wiedzie ją tam, gdzie kończy się wstyd
Niekochana – niebliska …
Tylko czasem przełamie nas na pół
W jakimś barze przelotny jej wzrok
Śmiech nam z twarzy pościera jej ból
W brudnej bramie, gdzie czeka na noc
Niekochana – niebliska …
Ale co nam do tego
Panie ładny z kolegą
Dziś do tego nam nic
Pipa blues
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Pan mnie pamiętasz – panie Dżon
Jestem ten zmięty i krzywy
Któreiś niedzieli wspólny front
Trzymaliśmy prz beczce z piwem
Pan mnie postawił parę piw
Bo wyszła mnie wtedy kasa
Pan mnie mówiłeś: daj diuba Stiw
Od tego życia mam kaca
Ja jestem Stiw
Od Tamtych piw
Mnie proszę pana też zwisa
Piszę bez zgryw
Pan się nie zdziw
Pipa zatkała się dzisiaj
Pan wtedy wrócił panie Dżon
Z jakiegoś Westu po latach
Nie czekał żaden ciepły kąt
Lecz dużo smutku i strata
Pan mnie mówiłeś: wpadnij Stiw
Kiedy ci życie da w dupę
To nakapiemy sobie piw
I popijemy jak głupie
Ja jestem Stiw
Od Tamtych piw
Pocztówkę dłubię na murze
Pan się nie zdziw
Wracam do piw
Bo pipę odetkał Józek
Wpadnij pan kiedyś panie Dżon
Tej pipy nikt nam nie ruszy
Zobaczysz wtedy ile mam sznyt
Na sercu skorym do wzruszeń
Ja jestem Stiw
Od Tamtych piw
Pan jesteś Dżon – to wystarczy
Pan się nie zdziw
Że pośód piw
Pocztówkę dłubię jak harcerz
Taka gra tra la la
sł. A. Ciach | muz. P. Leśniak
Palce ogrzeję bo są jakby z drewna
Pod nocy kocem je rzeźbił lęk
W dolinie bioder i na szczycie żebra
Wolni będziemy od kłamstw i od klęsk
To jest gra
W serca dwa
Serce sercu
I nic więcej
To jest gra
Dana nam
Na pocieszenie od Boga
Tu się gra
Aż do dna
Łokcie, pięści
Więcej, więcej
Aż do łzy
Aż do krwi
Losu pokrętna to droga
Na skraju nocy jest życie zaciekłe
Są prawd zaułki, przystanki szans
Spraw niedorzecznych codzienna jest bieżnia
I nie wiadomo kto dobiegnie z nas
To jest gra …
Myśli ogrzeję bo są jakby z drewna
Tępą siekierą je rzeźbił świat
Aż pozostanie ta prosta myśl jedna
Jest tylko miłość, miłość TY i JA
To jest gra …
Tango z żoną w zębach
sł. J. Maan | muz. J. Maan
Co dzień rano, kiedy wstaję do roboty
By ochoczo walczyć znów o lepszy byt
Ciebie zawsze wtedy zbiera na pieszczoty
Dla swych rządz próbujesz znaleźć zbyt.
Ty po ślubie zaraz budzik wyrzuciłaś
Aby nocnych namiętności nie ostudzał
-”Będę budzić Cię co rano” – tak mówiłaś
Lecz Ty zamiast budzić mnie, ty mnie pobudzasz …
Zostaw mnie
zostaw go
przestań mnie wreszcie pieścić!
pieścić go tralala
Zostaw mnie
zostaw go
ja taki jestem obleśny
leśny jest tralala
Przestań już
przestań już
mym nosem bawić się mała
przestań już się bawić
Przecież wiesz: jestem odporny, jak skała!
Zostaw mnie
zostaw go
i weź się lepiej za gary
Zostaw mnie, ja taki jestem już stary
ojojoj
A poza tym łykowaty ze mnie dość jest gość...
tarura zostaw go la la
Ty chcesz tańczyć, Ty chcesz szaleć na mym łonie
Ty z torbami kiedyś puścisz cały dom
Już przed Tobą nie wiem, jak mam się obronić:
nie skutkuje już rycyna ani brom
Jakieś ciche sanatorium mi się marzy
Bo od pieszczot Twych zaczynam mieć boleści
Idź, dwa palce do kontaktu włóż zarazo
Może wreszcie prąd skutecznie Cię dopieści …
Zostaw mnie
zostaw go
przestań mnie wreszcie pieścić!
pieścić go tralala
Zostaw mnie
zostaw go
ja taki jestem obleśny
leśny jest tralala
Przestań już
przestań już
mym nosem bawić się mała
przestań już się bawić
Przestań już!
przestań już
No patrz, mówiłem – urwałaś!
a ła! a ła!
Zostaw mnie
zostaw go
i weź się lepiej za gary
Zostaw mnie, ja taki jestem już stary
Zostaw mnie, za ciszą tęsknię ogromnie
Zostaw mnie…
zostaw go
A kij mu w plecy! Choć do mnie
Wczoraj poczułem
sł. J. Maan | muz. J. Maan, P. Sobczak
Wczoraj poczułem, że dojrzewam
Wszystko podobno przez ten tran
Tato się wstydził, ale powiedział
Wreszcie powiedział po co TO mam
Kupię Plyboya – dość już białych plam
Coś mnie kiełkuje pod pachami
Pryszcze rzucają się na twarz
Chyba coś będzie między nami
Bo ty też nowości pewne masz
Choćmy na chatę, „wapno„ śpi
Tam dasz buzi, buzi mi
A ty mi daj, daj, daj buzi buzi
Jeśli chcesz poczuć w ustach raj
To daj, daj, daj buzi buzi
Jesteśmy już duzi, więc nie rób jaj
Chuć we mnie wzbiera
Więc chódźże już
Rozchyl swych ramion pulchny tłuszcz
Cosik nie mogę spać po nocach
Jakieś głupoty mnie się śnią
Brzydkie gazety mam pod kocem
Same mnie pchalą się do rąk
Już od latarki psuje mi się wzrok
Mam już teorię w małym palcu:
Może być łóżko albo las
Wie też, że koty tylko w marcu
A my możemy cały czas
Przestań więc pytać się o „fi”
I daj buzi, buzi mi
A ty mi daj, daj, daj ,,,
Siła motorem jest postępu
Więc postępujmy choćby dziś
Zbliż swoje ząbki do mych zębów
Tyś ma Balbina jam twój Ptyś
Lecz nagle w głowie błyska pewna myśl:
Najpierw jest buzi
Potem cacy
Dziecko w pieluszki kupki rżnie
Z pracy do domu
Z domu do pracy
Beret na glacy, w kiszkach śpiew
Kleiki, nocniki z myszką Miki
Graty na raty
Kartki, dom
Dziecko
Z kochanką romans dziki
Składki, podatki, w portfelu złom
Nie chcę twej buzi bo stąd już krok
Od rock and rolla
po ciężki rock!
Usta twe Mario
sł. J. Maan | muz. J. Maan
Usta Twe Mario są takie namiętne
Takie mięsiste i twórcze
Gdy patrzę na nie z miłości aż więdnę
I szarpią rozkoszy mnie skurcze,
Wargi rozpięte od ucha do ucha
Dyndając rozkosznie pod nosem
Sprawiają, że w żyłach gotuje się jucha i kipi, jak pasza w silosie
Lecz jeszcze bardziej od Twoich ust ja kocham Mario Twój…
Oczy Twe Mario są takie zmysłowe
I zbieżne jak szprychy w rowerze
Przejrzyste jak Bałtyk, czerwone jak Morze
Głębokie jak dziury na serze
Ma miłość do Twych oczodołów tak wielka
Jak byk, co się pasie pod płotem
Z miłości ja do nich se sznytów nadziergam
I żyły se przetnę brzeszczotem…
Więc spójrz proszę na mnie bo chwycę za nóż, i wezmę nadziergam i już
Włosy Twe Mario jak snopy na rżysku
Tak żółte, jak żółtko, co w jaju
I możesz mnie Mario wytrzaskać po pysku:
Masz włosy jak Ewa – ta z raju
Na kosy Twych włosów mi nie brak ochoty
(wszak Boga Miłości jam uczniem)
I konam z tęsknoty, by snopów Twych sploty ukochać – nie ważne, że sztuczne…
I wszystko masz piękne, lecz niech broni Bóg, popatrzeć w kierunku Twych nóg…
Bo nogi Twe Mario są krzywe jak beczka
Gdy staniesz na baczność, to luka
jest taka, że może przejść przez nią wycieczka
i walec, i Nowa Huta
I chociaż blask włosów i ust Twych maliny,
choć serce me kwili i szlocha
To za ze właśnie rapciaste kończyny
ja wcale Cię Mario nie kocham…
Rodziców to sprawa, żeś taka koślawa
Żeś wcześniak – ja za to ich winię.
No nie mogli zaczekać?
Nie, oni musieli oddać Cię przed terminem…
Piosenka bardzo wewnętrzna
sł. J,. Maan | muz. J. Maan
W środku nocy budzę się i czuję, że śpi obok mnie
cicho marudzi
Wyciągam wolno suchą dłoń i lekko głaszczę jego skroń
by się nie zbudził
Za oknem deszcz, za oknem mgła i pierwsza jasna gwiazda
na niebie zabłysła
On leży cicho obok mnie w głębim pogrążony śnie
to on – Stanisław
Tasiemiec
Tasiemiec
Taki drobniutki, blady wciąż
Mój osobisty boa wąż
Tasiemiec
Ja o tym wiem, on o tym wie, że gdy wpieniony budzik mnie
zbudzi o świcie
On zniknie razem z moim snem, znów wpełznie i zagnieździ się
w moim jelicie
Ogonem czule połaskocze w żyć, ochrzani mnie:
„Zaczynasz tyć mój drogi panie!”
Potem założy swój śliniak i szepnie pieszczotliwie tak:
„Dawaj śniadanie!”
Tasiemiec
Kiedyś biedaczek nudził się, spędzał w jelicie całe dnie
nie gadał z nikim
Aż do esicy kiedyś zszedł i tam zapoznał zaraz się
z panem Owsikiem
Od tamtej pory lubi gest, aktywny towarzysko jest,
zaprasza gości
Zna glisdę ludzką oraz wesz, czasem ze ślepą kiszką też
pogrywa w kości
Tasiemiec
I jakoś radzić sobie trza, gdy kryzys nam każdego dnia
śrubę dokręca
Na każdy kryzysowy stress dobry jest kociak albo pies – ja mam tasiemca
Kapitalistów rośnie tłum, ważne, by głowę mieć do sum
i ręce zręczne
Jeden ma butik, inny kram, a ja bogate za to mam
ŻYCIE WEWNĘTRZNE
Niegrzecznym dzieciom polskim na dobranoc
sł. A. Ciach | muz. K. Krzak
Na spacerze byłeś z dzieckiem, żeby świat
Opowiedzieć mu, przekazać chlubną story
I gdyś w sobie tak się zbierał, nagle brzdąc
Wniebowzięty krzyknął: tato mirafiori!
Coś tu nie gra synu – wtedy pomyślałeś
Coś za szybko idzie ci nauka w las
I niezwłocznie małolata zatargałeś
Do księgarni, gdzie mieszkają myśli mas
Pani da mi coś fajnego
Coś dla dzieci ku przestrodze
Ku nauce życia pani da mi coś
Jakiś morał żeby był w tym
Wzruszająco zapodany
Dla maluchów jakaś prosta, mądra myśl
Panieneczka ironicznie się ogląda
Do berbecia robi oko wręcz prześliczne
A następnie odciągając go na stronę
Pioseneczkę taką śpiewa mu perfidną
Mały książę mknie maluchem
Szklarnie ma Królewna Śnieżka
Jaś z Małgosią na ajencji robią szmal
Piotruś Pan piastuje urząd
I Kopciuszek też jest tuzem
Krasnoludki za chlebusiem poszły w świat
Wilk malwersant siedzi w kiciu
Babcia kombinuje w złocie
A Kapturek już hodowlę lisów ma
Zaś Sierotka ta Marysia
Na tranzytach kręci z misiem
Tomcio Paluch warsztaciki ma już dwa
Cóż ci powiem na dobranoc biedne dziecko
Gdyś podobno pokoleniem już straconym
Wychowała wszak mamusia cię kultura
I twój tatuś: intelignt-karierowicz
Gdy więc zaśniesz w swym łóżeczku już dziecino
I współczesną przyśnisz jakąś śliczną bajkę
Może sprawi jakimś trafem dobra wróżka
Że zaśpiewasz przez sen ze mną solidarnie
Za górami, za lasami
Żyją sobie bajki śliczne
Pan Andersen w Ślepą Babkę z nimi gra
I list pisze do ministra
Przecież tyle bajek wysłał
Czy minister jeszcze jakąś bajkę zna
Alibi
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Było już trochę późno
W dyskotekowym barze
W zasadzie kiepski miałem dzień
Mówiła: piję czystą
Życie gram avista
Konkretnie czysta jestem też
Miała głosowe struny
Strojone wiatrem i snem
Lubię ten tembr
Tam gdzie przeważnie są oczy
Miała wojnę i pokój
Za firankami obłoków
Wiem
Było już trochę późno
W dyskotekowym barze
Powiedzieliśmy wszystko już
Poszła jak u Chandlera
Tam gdzie miłości nie ma
Tylko alibi czyste jest jak łza
Ostatni tramwaj przed snem
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
W mojej głowie jest raczej spokój
Jeszcze tłucze gdzie nie gdzie się dzień
Milczkiem noc już podchodzi do okien
Myją nogi skazani na sen
Młodzi gniewni wciąż szyją na wiosłach
Niczym szwaczki gdzieś w 56
Albo cierpią zaciekle zbyt dumni
Żeby przyznać, że mają to gdzieś
Tramwaj dzwoni ostatni
Ratunkową jest tratwą
Starych szczurów lądowych jak my
Motorniczy siwiutki
Nie poskąpi nam smutku
Potem śmiać się będziemy przez łzy
Może wpadnie ktoś jeszcze na wódkę
Jakiś Byron szalony jak świat
Dom zamknięty na kłódkę i wkrótce
Polecimy pijani do gwiazd
Potem wrócę do siebie jak zawsze
Gdy już nie chce bez celu się iść
I na ludzi przez okno popatrzę
Co normalnie po prostu chcą żyć
Serce robi co swoje
Myśleć nie chce się zbyt
Pewnie piszą coś jeszcze poeci
I choć wiemy, że gdzieś
Przyczaiła się śmierć
Zasypiamy naiwni jak dzieci
I znów noc przyjdzie pod nasze okna
Jak lat temu 50 czy 6
Dumna młodość zachłannie dorosła
Będzie w bramie skowyczeć jak pies
Serce robi co swoje
Myśleć nie chce się zbyt
Pewnie piszą coś jeszcze poeci
I choć wiemy, że gdzieś
Przyczaiła się śmierć
Zasypiamy naiwni jak dzieci
Piosenka wiaroodporna
sł. A. Ciach | muz. W. Firlit
Tego roku najdroższa jest miłość
I nie grozi jej żadna otyłość
Wciąż do ludzi się garnie, choć tarcza
gołej wiary już nie wystarcza
Ku uczuciom codziennym się skłania
Lecz obrączki kupiła od drania
Pięciolinia widelca jest chora
Ale wszyscy śpiewają jej „Sto lat”
Transparenty furkocą na wietrze
Nieskuteczne, a przecież konieczne
Nie te teksty i nie ta muzyka
Siadaj mała, masz dwuję w dzienniku
I niech zgłoszą się twoi rodzice
Już mi nie chce na ciebie się krzyczeć
Jak cytryny wyciska się słowa …
Dobry Boże – poprowadź
Leje w siebie alkohol ta miłość
Choć od tego jej nie przybyło
Kiedy w lustro popatrzy, to łka
Już odbiła się – przysięga – dna
Komu może się dzisiaj poskarżyć
Ona kochać chce, a musi gardzić
Bo do życia ma tylko duplikat
Czemu musi lusterka unikać?
Transparenty furkocą na wietrze
Nieskuteczne, a przecież konieczne
Nie te teksty i nie ta muzyka
Siadaj mała, masz dwuję w dzienniku
I niech zgłoszą się twoi rodzice
Już mi nie chce na ciebie się krzyczeć
Jak cytryny wyciska się słowa …
Dobry Boże – poprowadź
Ballada na starą szafę i puste krzesła
sł. A. Ciach | muz. K. Krzak
Moje okna już skrzypią przed zimą
Stary sweter domaga się łat
Znów udało się jakoś dopłynąć
Chociaż w szafie postarzał się świat
A tu lecą chłopaki do nieba
Na herbatę dziś mieli tu wpaść
I tak nagle dopada mnie trema
Widząc mola, co wtulił się w płaszcz
Nie odlatujcie chłopaki na służbę do Pana Boga
Przecież tyle wypiło się wina
Tyle dziewczyn tuliło na schodach
Tak wam spieszno do posad w niepojętym błękicie
Co wam chłopcy do tego
Gdy pod ręką jest życie
Znów sikorki za oknem
A wy już w wyższych sferach
Wam to po co chłopaki
W niebie się poniewierać
Czajnik gwiżdże aż pies ogon skulił
Ciepły szal muszę kupić i koc
Puste krzesła czekają na temat
Do rozmowy na bezsenną noc
Wiem, znów kiedyś z tej szafy wyjdziecie
Nagle któryś pojawi się w drzwiach
Odwiedzajcie mnie częściej koledzy
Co wam szkodzi na chwilę tu wpaść
Nie odlatujcie chłopaki na służbę do Pana Boga
Przecież tyle wypiło się wina
Tyle dziewczyn tuliło na schodach
Tak wam spieszno do posad w niepojętym błękicie
Co wam chłopcy do tego
Gdy pod ręką jest życie
Znów sikorki za oknem
A wy już w wyższych sferach
Wam to po co chłopaki
W niebie się poniewierać
Nie odlatujcie chłopaki na służbę do Pana Boga
Nie odlatujcie chłopaki na służbę do Pana Boga
Kishone ogury
sł. J. Maan | muz. P. Sobczak
Ty dziewczyno już nie marudź
Tylko odziej się i leć
Dziś w remizie „Czar browaru”
Są Ogury oraz ciecz
Gdy na życie szukasz chłopa
To zapomnij rock i pop
Przy repaczach i hip-hopach
Blednie każdy inny chłop
Ty chłopaku już nie piernicz
Na balangę nadszedł czas
Zostaw taczki, porzuć kielnię
Dziś Ogury dają gaz
To dla ciebie zdzieram duszę
To dla ciebie śpiewam song
Więc nie marudź, tylko ruszaj
Nie stój w kącie jak ten drąg
Kishone Ogury, Kishone Ogury
Wybryki natury – co śpiewka, to hit
Panienki z rozkoszy wyłażą ze skóry
Jak Ogury dają w rurę, to się w uszach topi kit
Ty się dziewczę nie bój chłopców
Bo bez chłopców trudno żyć
Niech ziemniaki gniją w kopcu
Tyś za młoda, żeby gnić
Ty se włosy zrób na wampa
I kolczyka wepnij w nos
Zzuj gumiaki, załóż trampki
Dziś Ogury dają głos
Ty się chłopie weź i przebierz
Przestań tulić się do kur
Nie myśl wciąż o pegeerze
Gdy ci baba schnie na wiór
Teraz w sejmie i senacie
Trudnią się produkcją jaj
Więc się umyj, załóż gacie
I se z babą luzu daj
Kishone Ogury, Kishone Ogury …
Niech nie pieprzy jeden z drugim
Że się nie ma z czego śmiać
Gdy na koncie kwitną długi
A na ustach kwitnie mać
Gdy ci życie daje kopa
Kiedy w klepkach puszcza klej
Zanuć chłopie se hip-hopa
bo z hip-hopem trochę lżej
Hip-hop ci wszysko wybaczy
Smutek zamieni ci w śmiech
Hip-hop tak pięknie tłumaczy
Zdradę i kłamstwo i grzech
Choć byś go przeklął w rozpaczy
Że jest okrótny i zły
Hip-hop ci wszysko wybaczy
Bo hip-hop ma miła to my
Tradycja
sł. J. Maan | muz. P. Sobczak
Ziemia – zboże
godło – orzeł
sekcja – trupa
golas – upał
morze – chyba
płotek – ryba
sztuka – mięsa
Lech – piwo
Extra – mocne
dziennik – nocnik
klapa – order
komuch – w mordę
drzewo – lipa
członek – klika
popiół – diament
zbiórka – amen
Litwa, sitwa
groch, modlitwa
kwaśne mleko, barszcz, serwatka
nasz jest Papa
nasza szkapa
nasz jest Jacek i Agatka
Co jest moje, to jest moje,
jak ta flacha, co na stole
Mój jest Bolek, mój jest Lolek
i Pankracy z Kolargolem
Zanim sięgniesz obca łapo po antenkę od bereta
poznasz, co to ból – be cool!
Był raz panie złoty rożek
ostał nam się jeno sznur.
Tęgiej głowie wraz z porożem
przydałby się nowy mur
Abośmy to jacy tacy:
ni do pracy, ni do macy…
Hej szabelka!
hej butelka
bij Tatara! patataj…
Myszka – Miki
piwo – siki
Pierwszy – Maja
Liga – jaja
Basen – kaczka
Węgiel – sraczka
Granit – skała
glina – pała
Kula – płotek
sierp – i młotek
kiszka – stolec
róża – kolec
wódka – w ryło
auto – było
trawa – mowa
Paw – wyborowa
Od pierwszego do pierwszego, od afery do afery
Od reformy do reformy, od cholery do cholery
Jaka praca – taka płaca. jaki truteń – taki ul
Czy się stoi, czy sie leży, to należy się i ciul!
Choć się włos na głowie jeży – be cool!
Był raz panie złoty rożek
ostał nam się jeno sznur.
Tęgiej głowie wraz z porożem
przydałby się nowy mur
Abośmy to jacy tacy:
ni do pracy, ni do macy…
Hej szabelka!
hej butelka
bij Tatara!
patataj…
Żadne jutro nas nie zlęknie
nam nie straszny Czarny Lud:
na kolanko my uklękniem,
my wyleczym się u wód.
To TRADYCJA, proszę pani:
MY wybrani, choć na bani
Hej szabelka!
hej butelka
bij obcego!
czy coś takiego…
Tłuste dzieci
sł. J. Maan | muz. P. Sobczak
Kto się męczy co noc, komu głód spać nie daje
Kto opróżnia lodówki, z czekolady i jajek
Komu ciągle za mało, kto by zjadł jeszcze wołu
Komu trzęsą się rączki, kiedy pora do stołu
Kto nie chodzi na basen, któż to wstydzi się plaży
Kto ostatni na bieżni, za to pierwszy przy garze
Kto na lekcji muzyki tylko w bęben lub w tubę
Kto nie dzwoni z komórki, bo paluszki za grube
No kto
Tłuste dzieci
Tłuste dzieci
W głodu sieci wolno leci dzień za dniem
Tłuste dzieci
Tłuste dzieci
W chudym świecie niezbyt dobrze czują się
W szkolnych cisną się ławkach aż wychodzą im gały
Do trabanta nie wchodzą, mały fiat też za mały
W kinie stoją pod ścianą, bo fotele za ciasne
Kiedy chcą sobie usiąść – muszą przynieść se własne
Nikt im nie da buziaka, nie pogłaska po główce
Na kolanka nie weźmie, bo se spodnie zatłuści
Jak podejdą zbyt blisko – postraszymy „kałaszem”
Bo wolimy te chude, chociaż wszystkie są nasze
Tłuste dzieci …
W chudym świecie dorosłych Rubens wyszedł już z mody
Dziś figura jest wcenie, dzisiaj liczy się body
Tłuszcz blokuje awanse, tłuszcz przeszkadza w miłości
Kto karierę chce zrobić, ten trenuje i pości
Czasem skusi nas jeszcze kurczak z rożna i seta
Potem tydzień siłowni, fińska sauna i dieta
My już wiemy, jak przetrwać lecz uczymy swe dzieci
Nasze prawdy życiowe popychając kotletem
Za tatusia, za mamusię, za Szarika, za Marusię
Za lewicę, za prawicę, za rodzinkę w Ameryce
Za premiera, za papieża, za strażaka, za żołnierza
Za Tytusa, za ATomka, za motylka, za biedronkę
Za pieska, za kotka, za wujka, za ciotkę
Za Misia Uszatka, za babcię i dziadka
Za koziołka, za Matołka, za smutasa, za wesołka
Za rolnika, za pilota, za sąsiada, za żywota
Dzidzi zjadło już kotleta, teraz dzidzi zupkę zje
Dzidzi chciało coś powiedzieć, to niech mówi dzidzi
Buuueeeeee!